Zmartwychwstanie – trudno zliczyć

Moja znajoma ma problemy z liczeniem ofiar pandemii. Zmarli pojawiają się na podawanych do wiadomości publicznej wykresach i znikają. Ostatnio jej życie wygląda mniej więcej tak:

Każdego ranka biegnie do salonu i włącza telewizor, żeby się przekonać, ilu ludzi zmarło w ciągu nocy. Liczy z wypiekami na twarzy, porównując dane z mediów z tym, co sobie zapisała dzień wcześniej, niestety, ktoś z godziny na godzinę zmienia technikę liczenia. Ani razu cyfry jej się nie zgodziły, cóż, tak bywa. Czasem liczba zmarłych się zmniejsza, ale tylko w pierwszych tygodniach kwarantanny reagowała na to podwyższonym ciśnieniem albo krzykiem, wkrótce zaczęło ją to napawać szczerą radością i dumą – dumą z pracy medyków, działań rządu i anonimowych bohaterów. Zmartwychwstania stały się w Polsce normą.
Czy nie były normą w kraju ultra katolickim? Może nie doceniła wcześniej głębokiej wiary narodu, wiary, która góry przenosi, a teraz oto, proszę, wskrzesza obywatela za obywatelem? Inna rzecz, że wskrzesza skąpo, choć to akurat zdaje się logiczne, toż i sam Chrystus wielu osób nie wskrzesił.
Każdego ranka biegnie więc do salonu, żeby się przekonać, czy żyje, a jeżeli nie, czy jest szansa na załapanie się choćby na dzienną liczbę wskrzeszonych. Robi własne statystyki, z których wynika, że tendencja wzrasta, jest więc dobrej myśli.