Sceny z życia George Sand a nacjonalizacja kobiecego ciała

Zbliża się premiera mojej najnowszej powieści „Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand” i tym razem nie wykorzystam tej okazji, by spamować czytelników tysięcznym przypomnieniem, jak wygląda genialna, zaprojektowana przez Sylwię Turlejską, okładka książki (z cichą jednak nadzieją w sercu, że przypomnicie ją sobie z własnej inicjatywy), ale by uświadomić moim czytelnikom, że casus George Sand, na szczęście, nie odszedł w zapomnienie i mamy wokół siebie wspaniałe naukowczynie i artystki o podobnym do niej feministycznym i społecznikowskim zacięciu, choć owo „społecznikostwo” rozumiem bardziej jako udział w społecznym treningu myślenia, niż działalność w jakimś stowarzyszeniu.

Jaka była George Sand? Miała wiele twarzy. Pisząc o niej nie starałam się nawet przybliżyć do prawdy obiektywnej, wychodząc z założenia, że skoro z samego założenia bohater romantyczny miał być „taki i całkiem inny”, czyli do końca nierozpoznawalny, to przyzwoitość nakazuje, by najsłynniejszej pisarki okresu romantyzmu bezlitośnie nie rozszyfrowywać, gdyż ani się to nie skończy sukcesem, ani nie jest potrzebne. Niemniej – chociaż przeczuwamy, że George Sand kryła w sobie wiele przeciwieństw i tajemnic oraz że trudno je będzie zgłębić – niektóre cechy pisarki nie budzą przecież wątpliwości. Wiemy z pewnością, że miała odwagę cywilną głoszenia prawd nieatrakcyjnych dla władzy i społeczeństwa.

Twierdzi się na przykład, że nie popierała feministek i nie chciała ich reprezentować w parlamencie, podczas gdy odmówiła reprezentowania kobiet tylko i wyłącznie ze względu na to, że uważała to za absurd. W ówczesnej Francji kobiety nie miały prawa wyborczego, George Sand nie pozwoliła więc mężczyznom na łaskawe przyzwolenie, by weszła do parlamentu jako ich zakładnik. O czymże innym mówią chociażby Paulina Młynarska czy Sylwia Chutnik, zwracając naszą uwagę na absurd męskich debat nad funkcjonalnością i zadaniowością kobiecego ciała? Oczywiście, rzecz nie w tym, żeby zabronić mężczyznom zabierania głosu w jakiejkolwiek kwestii, tylko w tym, by odebrać im prawo do decydowania o tejże funkcjonalności i zadaniowości. Wara od naszych ciał, tak jak wara od naszych lektur, zamiłowań, ideałów, światopoglądu itd.

George Sand była chrześcijanką, im jednak była starsza, tym jaśniej odczuwała potrzebę laicyzacji społeczeństw, stała się też antyklerykałką. Czy to zarzut? Raczej kwestia do zastanowienia, chodziło jej bowiem nie o rzecz błahą, czyli chociażby to, że mężczyźni paradują w sukienkach, lecz na przykład o to, że kler katolicki en bloc zatraca chrystusową wrażliwość i staje się szafarzem komunałów. Wspomniane przeze mnie Młynarska i Chutnik, czy też profesor Magdalena Środa, kontynuują tę myśl, powtarzając często, że nie jest właściwe i uczciwe, gdy zasady religii katolickiej stanowią prawo dla ogółu świeckiego w końcu społeczeństwa, nie wspominając już o braku moralnego prawa, by czynił to kler katolicki w Polsce, zważywszy iż nie tylko nie odbył jeszcze wielkiej, moralnej pokuty za swoje grzechy wobec wiernych i niewiernych, ale nawet jej nie zaczął. Tymczasem w piersi biją się wyłącznie księża prawi i wierzący albo najmniej winni spośród członków tej niezwykłej korporacji, która – tak, tak – skupia też księży niewierzących i łasych na profity, jakie zapewnia im organizacja.

I tu zbliżamy się do meritum sprawy. Otóż mariaż ołtarza z tronem nastąpił wiele wieków temu, ponieważ obu stronom przynosiło to wymierny dochód. Nic w tym nadzwyczajnego. Wstyd jednak, byśmy jako społeczeństwo nie byli świadomi mechanizmów wzajemnego wsparcia w relacji ołtarza z tronem, przykładowo przymusowej nacjonalizacji kobiecego ciała, bo to ono zapewnia datki na tacę i dużą liczbę podatników. Prawda brzmi brutalnie, lepiej jednak być jej świadomym, niż dawać się manipulować sprawnie zarządzanym instytucjom. Wystarczy, że zadbają o dwie kwestie: niski poziom edukacji w państwie i podgrzewanie fanatyzmu religijnego, a nie zabraknie im niedouczonej rzeszy obywateli, walczących z przeciwnikami Kościoła i rządu, do tego w imię Boże. Mimo że – o czym wie każdy ateista – Bóg radzi sobie bez pomocy swoich wyznawców, w końcu nie bez przyczyny jest wszechmogący.

Dzielenie i skłócanie społeczeństwa, też nie jest nowym wymysłem, likwidacja elit i tworzenie innych – także nie. O tym wszystkim przeczytają państwo w dziełach George Sand i książkach o tej niezwykłej kobiecie.

Nie chodzi o to, że religijność i poglądy osób wierzących są czymś złym, rzecz w tym, by nie wychodziły one spoza sfery prywatności w przestrzeń publiczną i nie dyktowały innym, jak mają żyć. Czas wojen religijnych w kulturze Zachodu dawno już przeminął, nie wracajmy do czegoś, co się nie sprawdziło i co pozostało po dziś dzień wspomnieniem żenującego i okrutnego wyrazu załatwiania własnych interesów z imieniem Boga na ustach, trochę też prymitywizmu, nie bójmy się tego słowa.

W miejsce zażartych dyskusji na temat prawa kobiet do ich ciał, proponuję ogólnopolską debatę nad prawem do sprzedaży i użycia tabletek na potencję, widzę tu bowiem ideową dysharmonię. Skoro Bóg nie chce, by mężczyzna pełnił rolę reproduktora i pozbawia go potencji, mężczyzna winien przyjąć to z pokorą. I tym optymistycznym akcentem kończę refleksje nad współczesnością poglądów George Sand, z całego serca zachęcając państwa do lektury mojej książki, która jest doskonałą okazją do przyjrzenia się nie tylko George Sand, ale i sobie samemu i własnym przekonaniom.

Miejmy odwagę cywilną głoszenia prawd nieatrakcyjnych dla władzy i społeczeństwa przede wszystkim dlatego, że życie w zgodzie z własnym sumieniem pomaga nam osiągnąć szczęście, a czy nie o nie w końcu zabiegamy od narodzin do śmierci?

na zdjęciu: moskiewski dom Lwa Tołstoja